Zwiedzać czy jeździć

Każdy kolarz uprawiający turystykę rowerową zapytany o sens wyjazdów poda inną odpowiedź. Jak nie ma dwóch takich samych płatków śniegu, tak nie ma dwóch takich samych motywów podróżowania. Jeden rowerzysta dosiądzie rower szosowy za kilka tysięcy i będzie przemierzał górskie trasy pokrywające się z etapami największego wyścigu kolarskiego na świecie. Dla niego liczył się będzie pot wylany z każdym kilometrem, kolejne zdobyte wzniesienie, ale nie ze względu na roztaczające się widoki, tylko z samej świadomości, że dojechał tam gdzie ścigają się najwięksi z kolarskiego peletonu. Inny z kolei będzie przemierzał świat dla zdobycia doskonałego zdjęcia. Osiemdziesiąt procent widoków obejrzy przez wizjer aparatu. Wszystko po to aby zapełnić kolejny album po powrocie do domu. Następny wyjedzie dla samego faktu podróżowania. Nie ważne dokąd i po co, ważne żeby jechać. Przemieszczać się i nie być dwa razy w tym samym miejscu. Są to tak zwane niespokojne duchy, które ciągle coś gna, nie mogą się zatrzymać.
Nie jest to próba wartościowania. Nie jest celem tego tekstu wyznaczenie jedynego słusznego sposobu podróżowania. Chodzi tu bowiem o to, że takiego nie ma. Słuszna jest sama podróż. Jej motywacja i cel zależeć będą od wykonawcy.
Wynika z tego jedna ważna rada. Przedstawiciele poszczególnych kategorii nie powinni być ze sobą mieszani. Kiepsko wyjdzie połączenie sportowca goniącego uciekające kilometry z amatorem muzeów i wystaw. Po prostu nie dogadają się. Nie wytrzymają ani jednego dnia.
Czasami aby, móc ocenić czy czyjś pogląd jest słuszny należy samemu go spróbować. Będąc turystą podziwiającym przepiękne panoramy, spróbujmy kiedyś pojeździć bardziej sportowo. I odwrotnie, jeżeli jesteśmy ścigantami to zwolnijmy na kolejnym etapie, weźmy do ręki aparat cyfrowy i zróbmy sobie pamiątkę. Trochę odmienności nikomu nie zaszkodzi. Warto poznać inny punkt widzenia niż własny. Jak się nie spodoba, wrócimy do swojego stylu.
Bardzo dobrym pomysłem na zapobieganie monotonności jest połączenie różnych sposobów uprawiania turystyki. Dzięki temu nie damy się zamknąć w utartych schematach i wyciągniemy jeszcze więcej z jazdy. Pomysł jest następujący. Dzielimy wyprawę na etapy, które kończą się jakimiś docelowymi miejscami. Pomiędzy nimi są odcinki mniej interesujące, które można pokonać szybko, w sportowym tempie. Docierając na miejsce przeznaczenia stajemy się turystami zwiedzającymi. Robimy zdjęcia, oglądamy, odpoczywamy. Gdy zaspokoimy tą potrzebę, znowu dziko pędzimy z wywieszonym językiem. Kolejny rekord prędkości pobity. W końcu przychodzi czas błogiego spokoju i beztroskiego odpoczynku. Przez kilka dni swobodnie pedałujemy nie przejmując się niczym. Gdy chcemy to się zatrzymujemy, jak nie to spokojnie jedziemy dalej, dla samego faktu poruszania się. Widząc piękne miejsce spędźmy tam więcej czasu niż jedną noc. Może nawet kilka dni. W końcu i to się nam znudzi, a wtedy… pełen pęd i sportowy wyścig. I tak w kółko. Taka wyprawa nie może się znudzić. Jest tyle wariantów do wykonania, że z penością wystarczy dla każdego.